Tak jak wcześniej zaczęłam, tak i teraz zacznę dawno, dawno temu… był ostatni mój wpis.
Na początku chciałabym przeprosić czytających to i po części trochę siebie za to, że trochę zalegałam z wpisami. Ostatnio trochę rzeczy się działo i czuję potrzebę żeby zrzucić winę na te rzeczy.
Tak czy siak dzisiejszy wpis dotyczy zajęć z dnia 4 marca 2025.
A jak to było?
A no humor mi dopisywał tego dnia, ponieważ dopiero co zaczął się marzec, który jest miesiącem moich urodzin (tak, to daje mu dużo plusów) oraz nareszcie wyszło słońce. Tego dnia zrozumiałam, że.. nie różnimy się za bardzo od roślin. Potrzebujemy wody i słońca żeby żyć. Może nie za dobrze porównywać siebie do rośliny, ale co mi tam!
Wróćmy jednak do wykładu..
Wykład jak to wykład. Poruszaliśmy wiele tematów dotychczas wiosny, teatru kamishibai, perspektywy dziecka i podwórka. Jednak dziś chciałabym poświęcić uwagę jednemu, przyjaznemu mi tematowi. Dotyczył on Marzanny. Chyba każdy przynajmniej raz słyszał o zwyczaju topienia/palenia Marzanny. Szczególnie w przedszkolu.
Na początku chciałabym opowiedzieć jak wyglądało to u mnie w małej, niepozornej wsi i w jeszcze mniejszym, bardziej niepozornym przedszkolu.
W (nieistniejącej już) niepublicznej szkole podstawowej w Tynwałdzie pierwszy dzień wiosny był obchodzony niezwykle hucznie. Z samego rana dzieci zbierały się i razem z nauczycielką przygotowywały Marzannę – kukłę zrobioną ze słomy, jakiegoś kija (możliwe, że podkradniętego pani woźnej) oraz tony bibuły. Co jak co, ale Marzanna to była pierwszej klasy dama we wsi. Blond włosy zaplecione w warkocze, związane wstążkami, suknia każdego koloru tęczy, rumiane policzki i wielki uśmiech na słomiastej twarzy. Potem był uroczysty przemarsz nad jezioro, gdzie Marzanna kończyła swój żywot dosyć marnie.. nawet jak na kukłę. Dzieci dumnie recytowały wierszyk o żegnaniu zimy i witaniu wiosny. Potem (jeżeli pogoda dopisała) był spacer w poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny.
Czy mi się to wszystko podobało? Tak.
Czy podoba mi się teraz? Nie.
Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest to dla mnie marnotrastwo materiału, nieprzynosząca zbyt wiele korzyści drastyczna scena i zanieczyszczenie środowiska. I o ile nie mam problemu z rytuałem przejścia to uważam, że lepszym pomysłem byłoby zastąpienie palenia Marzanny na rzecz np. postawienia jej w ogrodzie przedszkolnym żeby odstraszała ptaki od roślin oraz co najważniejsze żeby zima jej się bała i już nie wróciła na miejsce panowania tak pięknej damy.
A wy? Co sądzicie o tradycyjnym topieniu Marzanny? Może macie jakieś swoje sposoby na przywołanie wiosny i pożegnanie starej, niedobrej zimy?

Dodaj komentarz